Wszystko bezszelestnie zamienia się
w martwą ciszę. Ukołysze mnie do snu
tłum aniołów stróżów, którzy moje
uciszają burze. Poruszając rzeczywistość
i martwiąc się przy tym o przyszłość.
O to, co będzie, kiedy wszędzie
już liście opadną z drzew. A szept
wypełni całą przestrzeń. I powietrze
stanie się cięższe. I boleśnie znosić
będę tę niepewność nie wiedząc,
czy zamienisz moje smutki na radości.
Powiedz do mnie dwa słowa najprostsze.
Choć sama nie wiem, co gorsze.
Karmić się kłamstwem i nim się upajać,
czy prawdy nie zatajać nie spełniając
przy tym oczekiwań? Za dużo gdybań.
Za dużo niepewności, a brak miłości
w tym wszystkim. Chcę, żebyś dla mnie
bliskim był kimś i wyjątkowym. Czuję
jednak, że nie tędy droga. Przestroga.
Z uśmiechem na twarzy, a w środku
parzy, aż boli od tego, co czuje dusza.
Zmusza się do udawania i ciągłego
grania. W środku poraniona. Chora
z miłości. W żałości żyje, że coś ją
ominie, że się nie wydarzy. A kiedy
zaczynał się piękny początek tego
cudownego końca zakończenia,
bardzo chciałam ramienia Twojego
obok. Ironia. A teraz Cię nie ma.
Chciałam cienia choć nadziei, że coś
się zmieni. Niepotrzebnie. Czas
schować marzenia do pudła na dnie
szafy. Czas zobaczyć, że wszystko
kiedyś się kończy, a co teraz nas
połączy kiedyś na pewno przyczyną
rozłąki się stanie. Czas otworzyć
oczy i w końcu się obudzić. Przestać
się łudzić i zapomnieć o wszystkim,
co było tylko ulotną chwilą. I choć
miło w sercu na myśl o wspomnieniach...
to czas zrozumieć, że to tylko złudzenia.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz