Cisza. Słychać nawet, jak skradasz się na palcach,
żeby nikt nie usłyszał. Ogarniasz mnie swoim
spojrzeniem, przez które nie mogę zasnąć.
Delikatny, ciepły i wiosenny deszcz przynosi
przebudzenie. Otrzeźwienie. Zrozumienie, że
nie leczy ran czas, a szczęście w życiu prawdziwie
raz tylko się zdarza. Cisza. Nie zauważam nawet
momentu, kiedy przestajesz przenikać mnie
wzrokiem. Pewność i niepewność, czy to,
co się dzieje, jest prawdziwe. Czy nie jest na niby,
dla żartu. Tak bardzo nie wiem, czy warto! Cisza.
Wiatr kołysze mnie konsekwentnie i beznamiętnie
plącze moje, już i tak źle wyglądające, włosy.
Nie odchodź. Zostań. Wpatrzona w Ciebie, jak
w najpiękniejszy obraz. Jak na zielone łąki
pokryte słoneczknikami i makami patrzę na
Twoje czoło zmarszczone. Nie wiesz, gdzie i
w którą stronę mknie Twoje życie. Cisza. Zakrywam
moje, opuchnięte od łez, powieki. Porywa mnie,
niczym nurt rzeki, myśl o tym, "co by było gdyby?".
Ktoś mówi, że idzie wiosna. Nie widzę jej. Nie czuję.
Utulę Cię po raz ostatni. Nim zasnę. Nim okryję się
purpurowym kocem. Nim zamilknę. Nim zniknę,
spojrzę na Ciebie. Cisza. Nadzieja, że każdy zagorzały
egoista ma serce, nie umiera. Zabieram ze sobą
Twój dotyk i usta, i oczy, i już Cię opuszczam. Nie płacz.
Nic mnie nie boli, oprócz wnętrza złamanego serca.
Będę Twoim Aniołem, żebyś tu na ziemi, na dole,
czuł się bezpiecznie. Już wiecznie. Cisza. Nikt
nie słyszał, gdy wiatr kołysał mnie do snu. Zabrakło
tchu. Odchodzę. W mojej drodze, tam, gdzie jestem,
nikt nie żywi się powietrzem. Jestem więc wolna.
Uwolniona od złudnych marzeń, które na wieczność
przebiły wskroś moją koronkową duszę. Nic, nic
nie muszę. Cisza. Cisza. Cisza.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz